Podobno reklama prawdę Ci powie…

PODOBNO REKLAMA PRAWDĘ CI POWIE…


A jak nie powie, to co wtedy? Ostracyzm społeczny, szlaban na kolejne działania promocyjne czy może rekompensata dla konsumentów za straty moralne? Cóż – dwa pierwsze przypadki raczej odpadają, chociaż negatywne komentarze ze strony środowiska oraz skargi odbiorców do Rady Etyki Reklamy są coraz częściej spotykane. W kwestii trzeciej opcji – tu już można by było polemizować, przynajmniej w takim kraju jak Stany Zjednoczone, gdzie procesy osób prywatnych przeciwko dużym koncernom nie są niczym nadzwyczajnym. U nas UOKiK również coraz częściej nie „patyczkuje” się z nieuczciwymi praktykami i zaczyna „sypać” karami. Średnio w ciągu roku prowadzi około 30 postępowań dotyczących reklam. Czy pomagają? I tak, i nie… Niekiedy hasło „nieważne, jak mówią, byleby mówili” nadal bierze górę nad rozumem…


Może powie, a może nie. Wszystko zależy od punktu widzenia, a ten, jak wiemy, od punktu siedzenia…

Widzę oczami wyobraźni, jak cała masa ludzi „łyka jak pelikan” to, co usłyszą w radiu czy telewizji. I tych wszystkich, którzy kilkanaście lat temu, oglądając Durczoka w „Wiadomościach” w Prima Aprilis, o godzinie 20:00 wyszli przed domy, z tubkami kleju szybkoschnącego, aby przykleić dowody rejestracyjne i swoje prawa jazdy do przedniej szyby własnych pojazdów (szczęście w nieszczęściu, że szybko to zdementowano). Jak niewiele trzeba, żebyśmy dali się nabrać. Powyższy przykład ma oczywiście nieco inny charakter niż reklamowy, ale wyraźnie pokazuje jaka prosta jest manipulacja za pomocą „wielkiego przekaziora” jakim są media, nie ważne czy ma okienko, czy tylko głośniczek.

Pozostaje teraz pytanie, z resztą bardzo ważne, czy jesteśmy sobie w stanie wyobrazić świat bez reklam? No jasne, że tak, pod warunkiem, że przebywamy w kompletnej głuszy, odcięci od świata, bez telefonu, komputera, radia, telewizora. I to jest chyba jedyny moment, w którym bez nich egzystujemy. A jak dotarliśmy do tej idyllicznej krainy? Może właśnie dzięki niej? I to może być też jedyny przypadek, kiedy reklama powiedziała nam prawdę. „One” są wszędzie i zazwyczaj (tu mogę się narazić na krytykę – ale co mi tam) kłamią. Skąd taka teza, można zapytać. Ano stąd, że jeszcze nie wyrosły mi skrzydła po wypiciu napoju energetycznego, dzięki tabletkom nie udało mi się schudnąć, a mój samochód nie pojechał szybciej, bo dostał paliwo ze stacji z „muszelką”. Wręcz przeciwnie.

Lepsze nie zawsze znaczy lepsze…

I tak oto nabrawszy się parę razy w życiu (tak, przyznaję, też jestem w tej grupie) zacząłem obserwować baczniej świat reklamy. Przyszło zastanawiać się nad tym, czym banan (jakże popularny ostatnimi czasy) od firmy, którą możemy kojarzyć przez piosenkę ABBY, różni się od tego nie od niej – bo chyba tylko ceną. Przecież w niczym nie jest lepszy. Czasami się zdarzy, że te drugie są fajniejsze, bo na przykład przypłyną z dodatkowym transportem w postaci nowego gatunku pająka. Później możemy w natłoku informacji usłyszeć, że w „jak sobota to tylko tam, ram pam pam pam” – wycofane zostały ze sprzedaży wygięte, żółte owoce, ponieważ pogryzły kogoś na ichniejszym ryneczku.

A skoro już przy niemieckim dyskoncie i chemii stamtąd jesteśmy, to zastanówmy się, czy proszek „A” z reklamy, faktycznie jest lepszy od tego, który w spocie radiowym lub telewizyjnym nie wystąpił, skoro jest od tego samego producenta? Tu tak naprawdę chodzi tylko o etykietę i cenę, bo na końcu okazuje się, że skład jednego i drugiego jest dokładnie taki sam.

Wracając na chwilę do „energetyka” wymienionego wyżej, przecież też więcej za niego płacimy, bo marketingowo jest lepiej „ograny”. Tak naprawdę, jest wiele napojów tego typu, które w swoim składzie oferują nam lepsze doznania mocy, za niższą cenę, niż skrzydlaty napój.

Przykłady można mnożyć, bo i temat nie chce się wyczerpać. Ilu z nas śliniło się z głodu patrząc na zdjęcia kanapek „z restauracji innej niż wszystkie”. Później przychodził moment rozczarowania, bo oto oczom naszym, po odwinięciu papierka ukazywała się bułka z błotem, w niczym nie przypominająca tej z obrazka.

Czy możemy z tym walczyć? No jasne, że tak…

W Stanach Zjednoczonych można walczyć o wszystko, ze wszystkimi. I jeżeli mamy szczęście, a sprawa jest precedensowa, to istnieje duże prawdopodobieństwo trafienia niemalże „szóstki w totka” od dużego koncernu. Producent wspomnianego wcześniej skrzydlatego napoju takowe odszkodowania płacił. Podobnie było z pewną spółdzielnią mleczarską z Francji. „Jogurciki” musiały zapłacić w USA odszkodowania wycenione na 21 „dużych baniek”, a to było tylko preludium do tego, co miało wydarzyć się w Europie. Wszystko za wprowadzanie konsumentów w błąd. Nie twierdzę, że jogurty są niezdrowe, ale nie są też na tyle magiczne, żeby po wypiciu małej buteleczki nagle nasza odporność weszła na jakiś kosmiczny poziom. A tak twierdził producent tych produktów i za to mu się oberwało.

Czy z nami jest coś nie tak?

Na szczęście nie tak bardzo. Jak wynika z najnowszych badań, jest coraz więcej świadomych konsumentów. 87% z nas miała styczność z informacjami dostawców usług, które mogą wprowadzać klienta w błąd. Z czego 30% dotknęło problemu osobiście, a 57% słyszało o takich praktykach. Co z pozostałymi 13% zapytacie? Otóż nic, oni nie spotkali się z próbą oszustwa w reklamie nigdy. Tak prezentują się wyniki badań przeprowadzonych przez firmę KANTAR[1] w marcu tego roku.

Konkluzja?

Jest teraz tak, że zauważa się w reklamach większą ostrożność w przedstawianiu treści. Nie da się nami tak manipulować jak kiedyś, no oprócz tych 13%. Pewnie wielu z Was zauważyło, że już praktycznie nie spotykamy się ze spotami, w których to pasta do zębów ma 99% skuteczności w usuwaniu wszystkiego z ust (dobrze, że nie samych zębów). Wydaje się, że ta ostrożność nie jest wynikiem zakazów wydawanych przez UOKiK (chociaż też), ale przede wszystkim dlatego, że w kraju nad Wisłą, nierzetelnych producentów również zaczęto ciągać po sądach – a to jak wiemy nie są tanie rzeczy. Smacznego!

 

[1] http://dialogkig.pl/wp-content/uploads/2019/03/Rzetelnosc-informacji-w-materialach-reklamowych_raport_Kantar-Polska_deb….pdf